Spojrzał na purpurowe niebo. Wyczuwał w niej tęsknotę za kimś bliskim, ogromną potrzebę miłości i niemal dotykalną samotność. Mimo różnic, jakie ich dzieliły, zdawała się rozumieć swojego młodego lokatora. Tak, do cholery, od dawna nikt nie rozumiał go tak dobrze. Chociaż niechętnie, musiał przyznać, że naprawdę ją lubi.

Ostrożnie rozpiął suwak. Na chodnik wypadły dwa ciężkie tomy w pięknej skórzanej
znieść to zaszczute spojrzenie.
A potem, chociaż wciąż nie bardzo wiedziała, co się dzieje, opadła na
Pierce nie istniało normalne życie. On potrzebował swojej pracy, oddychał
– Pewnie przez tę broń – powiedziała zimno. – Wstawaj i ręce do góry. Zobaczymy, czy
spieszy.
Potwór znika, a koleżanki z płaczem rzucają się Becky na szyję. Śliczna panna Avalon
Dorzuciła do puli dziesięć dolarów. Stawiała rzecz jasna na Chuckiego. Nieraz widziała
uśmiechał się, żeby to wszystko trochę jej ułatwić.
powiedzieć „a kysz!”. Richard Mann skinął głową, poczekał jeszcze chwilę na wypadek,
Żeby tylko przyjechał. Chciała jechać na tę wycieczkę, daleko od domu,
zapomną o tym, co ich dzieli. Kiedyś przecież byli dobrymi przyjaciółmi.
– Kto strzelał?
Glenda popatrzyła na pięknie zdobione biurko Quincy'ego. Na blacie

- Dużo mówiłem. Powinieneś zapamiętywać moje perły mądrości.

się nad tym, zanim przejdą panowie do dalszego działania.
słowa.
w stronę niezasłoniętych okien. Nagle poczuła się bezbronna. A jeśli Quincy

dając Quincy'emu dużo do myślenia.

sprawa, czegoś tu nie rozumiem. Naturalnie nie znam się
- Więc co on tutaj robi? - Pokazała palcem na diuka.

– To może być kot lub pies.

- Obydwoje wiemy, ile warte są twoje przyrzeczenia, prawda?
był okrutny. Raczej obojętny. - Wstał. - A teraz proszę wracać do środka.
Już pod drzwiami Sweeneyów usłyszała odgłosy awantury - to kłócili się rodzice Liz. Usłyszała swoje imię. I imię Liz. Potem płacz.