- Dlaczego się mnie boisz?

Gdy dotarli na miejsce, Smutna Dziewczyna usiadła na kamieniu, zaś Mały Książę usiadł na piasku naprzeciw niej,
- Co się zmieniło?
Dlaczego nikt takich ludzi nie potrzebuje? -mówił Mały Książę jakby do siebie.
- Często chodzę boso - oznajmił z godnością Mark.
Nikt nigdy nie śmiał odzywać się do niego w podobny sposób! Czy ona zapomniała, że zwraca się do księcia ze starego europejskiego rodu? I ta jej angielszczyzna...
Biuro Charlesa Nielsona mieściło się w budynku banku na Canal Street, w centrum Nowego Orleanu. Dzielił dwudzieste piętro z dwoma dentystami, firmą pośredników inwestycyjnych, psychologiem i niezidentyfikowanym przedsiębiorstwem z inicjałami w nazwie. Biuro Nielsona znajdowało się na samym końcu wyłożonego dywanem korytarza, po lewej. Na drzwiach, wypisane skromną czarną czcionką, widniało jego nazwisko. Mała poczekalnia była wyposażona w proste, przydatne w tego typu pokoju meble - dwa obite tapicerką fotele i maty stolik od kompletu ze stojącą na nim lampą. Przy biurku w recepcji siedziała ładna kobieta w średnim wieku. Rozmawiała właśnie z Sayre, gdy do biura wszedł Beck. Trudno powiedzieć, które z nich było bardziej zdumione - Sayre czy Beck. Spoglądając ponad ramieniem Sayre, recepcjonistka przywitała Merchanta serdecznym: „Dzień dobry". - Witam - powiedział. - Zaraz się panem zajmę. Tymczasem proszę spocząć. Beck nie skorzystał z zaproszenia. Pozostał na miejscu, ciekawy, co miała do powiedzenia Sayre, która na jego widok zesztywniała, jakby kij połknęła. - Najwyraźniej nastąpiło jakieś małe niedopatrzenie. Czasami pan Nielson umawia się z kimś na spotkania, a potem zapomina mi o tym powiedzieć, żebym mogła zanotować to w kalendarzu. - Nie zapomniał... - Sayre przerwała i chrząknęła. - Nie zapomniał pani powiedzieć o tym spotkaniu, ponieważ nie byłam umówiona. - Ach tak. W jakim celu chciałaby się pani z nim zobaczyć? Z przyjemnością przekażę mu wiadomość. - Nazywam się Sayre Lynch. Kiedyś Hoyle. Uśmiech recepcjonistki zbladł. - Hoyle od Hoyle Enterprises? Z tych Hoyle'ów? - Tak. - Rozumiem. - Nie sądzę. Nie przyszłam tutaj jako reprezentantka mojej rodziny. Recepcjonistka złożyła ręce i położyła je na biurku, jakby szykowała się do wysłuchania wyjaśnień Sayre. - Jestem pewna, że pan Nielson przyjmie tę wiadomość z zainteresowaniem. - W rozmowie z nim proszę podkreślić, że chciałam zaoferować mu swą pomoc. - Tak, rozumiem. Pan Nielson... - Nagle zadzwonił telefon. Recepcjonistka uniosła palec wskazujący, prosząc Sayre o chwilę cierpliwości, i odebrała. - Biuro Charlesa Nielsona. Nie, przykro mi, nie ma go w pracy. Czy mogę przekazać mu jakąś wiadomość? - Sięgnęła po notatnik i zaczęła coś zapisywać. Sayre zwróciła się w stronę Becka. - Śledziłeś mnie? - Nie pochlebiaj sobie. W przeciwieństwie do ciebie, ja byłem umówiony. Gdy tylko recepcjonistka odłożyła słuchawkę, ominął Sayre i podszedł do biurka. - Pani jest zapewne Brendą - powiedział z uroczym uśmiechem, głosem słodkim jak miód. - Tak. - Rozmawialiśmy kilkakrotnie przez telefon. Nazywam się Beck Merchant. - O mój Boże - rzuciła nerwowo sekretarka. - Nie dotarła do pana moja wiadomość? - Wiadomość? - Pan Nielson musiał wyjechać w pilnej sprawie. Zostawiłam panu wiadomość na poczcie głosowej, że nie będzie mógł spotkać się z panem dziś po południu.
- A ja nie? Gdybym się nie poczuwała, nie byłoby mnie tutaj!
- Stan państwa jest katastrofalny - wyznał szczerze. - Jean-Paul nieustannie bawił za granicą, jego starszy brat ro¬bił wcześniej to samo. Potrafili tylko brać pieniądze. Ko¬rupcja jest powszechna. Każdy, kto zdobędzie jakąś pozycję, stara się wyrwać dla siebie jak najwięcej. Weź na przykład Charlesa. Po co tak małemu krajowi jak mój ambasada w Australii? Po nic! Tymczasem Charles otrzymuje kolo¬salną gażę, mieszka w willi, która pomieściłaby tuzin ro¬
- Właściwie to nawet nie wiem, co naprawdę się stało. Powiedział mi tylko, ze zapomniał o opiece nad kwiatem i
powitana oczekiwanym pocałunkiem, uspokoiła Małego Księcia, że "lekkie przeziębienie" już jej minęło. Było jej
Był tak blisko... Tammy czuła jego ciepły oddech na swoim czole.
Między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka.
- Lisa spytałam akurat w chwili, kiedy skradał się do kurnika.
Rozejrzał się dookoła z niekłamanym zachwytem i zrozu¬miał, że zaczyna patrzeć na świat oczami Tammy.

przyjemnością informuję, że pani kuzyn daje nam kosz z jedzeniem, środek transportu i swój

Usłyszawszy to, Mark bez zastanowienia rzucił się do drzwi, wypadł na korytarz i stanął jak wryty. Jego przeczu¬cie potwierdziło się.
- Idźmy więc na kompromis - zaproponowała. - Przerobię część mojego skrzydła zamku na własne, niezależne mieszkanie.
domyślił się, że stoi przed Badaczem Łańcuchów. Przedstawił się więc grzecznie i opowiedział, skąd przybył.

- Zostaniesz, ile zechcesz. Nawet na zawsze.

Tak, ale wczoraj rodzice strasznie się pokłócili. Tata krzyczał coś o rozwodzie. Gloria zacisnęła z całych sił powieki. Co pocznie, jeśli rodzice naprawdę się rozstaną? Wiedziała, jak to jest: będzie musiała zamieszkać z mamą. Jak to wytrzyma?
- Cieszę się, że jest pan o mnie tak dobrego zdania, milordzie.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

Mały Książę długo opowiadał swoje wrażenia z pobytu u Badacza Łańcuchów. Posłuchał rady Róży i napisał list do

iskierki. - Straciłabym większość uczennic.
- Panią i pannę Delacroix. Jedyne, co od ciebie słyszę w związku z nimi, to
zawsze jedno nadgryzienie to ślad zębów ofiary, a drugie, najpewniej, mordercy.